
Telewizor chodził głośno
Trzeźwość nie była mile widziana. W poprzedni wieczór razem z moją dziewczyną wypaliłyśmy tygodniowy zapas zioła. Wskutek naszej impulsywności dziś nie było dymka, więc nic nie rozpraszało mojej uwagi. Leżąc na łóżku, trzymałam w lewej ręce telefon. Prawy bok zatopiłam w wygrzanym materacu, prawą ręką przyciskałam do ucha poduszkę. Myśli budziły się w przerwach między reklamami, nie mając mi nic szczególnego do powiedzenia:
– Na którą ja w ogóle mam jutro do pracy?
– Muszę zadzwonić do kumpeli, żeby mnie podwiozła.
– Ciekawe, jak się ma jej mama.
-Moja pewnie wciąż się wścieka, że przyszłam do domu upalona
– Gdzie jest pilot? Ciekawe, co leci na innych kanałach.
– Ona doprowadzi cię do śmierci.
W jednej chwili usiadłam, jakbym zobaczyła ducha albo poczuła czyjś dotyk na plecach. Myśl nie była słyszalna, ale na tyle wyraźna, żeby zagłuszyć całą resztę. Wszystkie konwersacje w mojej głowie ucichły, a serce zrobiło się ciężkie jak kamień. Nie miałam pojęcia, skąd się wzięło to zdanie. Nie byłam w stanie wskazać jego źródła.
– Może to diabeł?
– Nieee, gdyby to był on, chyba nie dałabym się przekonać.
– Może to tylko ja?
– Niemożliwe, to nie mogłam być ja.
– Ale skoro usłyszałam to w głowie, to muszę być ja.
– No, ale przecież nie wymyśliłam tego… to raczej przyszło do mnie.
– A może to Bóg?
Tylko Bóg mógł coś takiego powiedzieć
Stwierdziłam, że tylko Bóg mógł coś takiego powiedzieć. To było jak czerwona syrena, On próbował mnie ostrzec. Ostrzec przed śmiercią. Śmiercią, najwyraźniej nieodległą, z powodu osoby, którą kocham. Kochałam kobietę, najwyraźniej na zabój. Czy On to powiedział, bo dawał mi wybór? Chciał, żebym wybrała to, co da mi życie? On był życiem, a przynajmniej tak kiedyś powiedział jeden kaznodzieja. Jeśli rzeczywiście nim był, to czy chce, żebym wybrała Jego? Taki wybór będzie oznaczał, że muszę się z nią rozstać. To niesprawiedliwe. W moim wyobrażeniu wybranie Boga było tożsame z wybraniem heteroseksualizmu – święty nakaz. Tak jak trzeźwość dla nawróconego alkoholika, pomyślałam. Kto chciałby tak żyć? W imię Boże wejść w relację z mężczyzną? Teraz wiem coś, o czym wtedy nie miałam pojęcia.
Bóg nie wzywał mnie do relacji heteroseksualnej, wzywał mnie do relacji ze Sobą. Decyzja o odrzuceniu grzechu i uchwyceniu się świętości nie była tym samym co heteroseksualizm. W oparciu o moje wcześniejsze rozumienie Boga, ukształtowane na podstawie wypowiedzi tych niewielu chrześcijan, których spotkałam, wybranie Boga w sposób nieunikniony oznaczało wybranie mężczyzn. Wydawało mi się więc, że nawet jeśli polubiłabym ich bardziej tylko po to, żeby bez udziału Boga wykorzenić z siebie homoseksualizm, to właśnie najbardziej by Mu się podobało. Sądziłam, że On widzi we mnie w pierwszej kolejności żonę, a dopiero w drugiej – Swoją uczennicę.
Tyle że Bóg to nie duchowny z Las Vegas czy niecierpliwa matka, zdeterminowana, aby podsunąć mi jakiegoś faceta, który „uleczy” mnie z homoseksualizmu. Bóg to Bóg. Pragnący mojego serca – w całości; Bóg, któremu zależy na tym, aby je odnowić. Bóg oddany zmienianiu mojego serca tak, by było podobne Jemu. W procesie stawania się świętą, tak jak On jest święty (1 P 1:15-16, dop. red.), nie miałam zostać w cudowny sposób przemieniona w kobietę obojętną na kobiece wdzięki – ale w kobietę, która nade wszystko kocha Boga.
Obojętnie, czy doszłoby kiedykolwiek do mojego małżeństwa, czy byłabym powołana do życia w pojedynkę, sam, własnymi rękami, chciał zagwarantować, żebym w obu wypadkach żyła dla Niego. (Ku mojemu zaskoczeniu kilka lat później wyszłam za mąż. Jednak wtedy Bóg wzywał mnie nie o tego, abym zakochała się w mężczyźnie czy żyła, udając, że nie odczuwam pociągu do kobiet. Wzywał mnie, abym kochała Go z całego serca, całej duszy i całego umysłu, Mt 22:36-37).
Nie mogę powiedzieć, że żyję
Myśl o śmierci była tak namacalna, że natychmiast wywróciła moje myślenie do góry nogami. Bóg nagle wszedł w mój świat, czyniąc jeden zdecydowany krok, a ja obserwowałam, jak cała moja rzeczywistość zamienia się w proch, wzbija w górę i opada, właściwie w jednej chwili. Sumienie dawało świadectwo prawdzie, której nie mogłam już dłużej zaprzeczać. Traciłabym tylko czas. Czas, który – wiedziałam – nie należał do mnie. Czułam, że śmierć jest bliżej niż moja własna skóra.
Kiedyś w naszym kościele kaznodzieja powiedział – do wtóru pełnego dramatyzmu akompaniamentu – że zapłatą za grzech jest śmierć. Przypomniawszy to sobie, zaczęłam się zastanawiać: ,,Czy ja czasem nie jestem martwa już od dawna?”. Całe życie nic, tylko grzeszę. Nie mogę powiedzieć, że żyję – co najwyżej oddycham. Bóg chciał, żebym zdała sobie z tego sprawę, nim ustanie i mój oddech. Wiedziałam, że On ma bardzo konkretne oczekiwania: rozstanie z dziewczyną, choć przyszły mi do głowy też inne rzeczy. Co jeszcze kochałam, co mogło doprowadzić mnie do śmierci? – zastanawiałam się. Musiało być więcej katów, z których zrobiłam swoich kochanków.
Gdy tak rozmyślałam, do głowy przychodziły mi kolejne grzechy. Człowiek z łatwością przypomina je sobie, gdy wie, że już został skazany. Miałam wrażenie, że niczym konfetti opadają na mnie z góry pycha, nieczystość, pornografia, kłamstwo, brak szacunku do autorytetów i homoseksualizm (te bardziej oczywiste spośród moich grzechów). Ubierały się krzykliwie. Wszystkie miały wspólny korzeń – jeden organiczny grzech, który wyrósł, rozkrzewił się i wydał owoce pozostałych, pełne nowych ziaren. Niewiara: ten grzech stał się szubienicą, na której zawisłam, winna zarzucanych mi czynów.
Czy Bóg nie jest miłością?
Tamtego wieczoru nie zmieniłam kanału. Telewizor nadal szumiał, ale nie zwróciłam na to uwagi, bo coś surrealistycznego stało się z moim pokojem. Nie rozpoznawałam go. Nie wiem w sumie, jak nazwać tamten moment. Nikt nigdy nie wyjaśnił mi posłuszeństwa w takich kategoriach. Nie było ławek kościelnych i poruszającej muzyki w tle, która zdolna byłaby porwać mnie z miejsca. Nie było kaznodziei z bezprzewodowym mikrofonem, wykrzykującego wersety z Pisma, a lewą ręką zachęcającego grzesznika do przyjścia przed ołtarz. Nie stałam na dywanie prowadzącym wprost do ołtarza, na którym mogłabym złożyć moje grzechy. Moje grzechy – a było ich wiele – pewnie i tak nie zmieściłyby się na zwykłym ołtarzu. Byłam tylko ja, mój pokój i Bóg.
Nie więcej niż dwadzieścia cztery godziny wcześniej ja i moja dziewczyna złożyłyśmy swój ciężar tam, gdzie ukryte były nasze serca. Nie znałam schronienia, w którym czułabym się bezpieczniej. Jej oczy, niczym witraże, wpuszczały do środka światło. Rozpromieniała moje dni. Była odpowiedzią na modlitwę, której Bóg zabronił mi wypowiadać. Kochałam ją, ale zdaniem Boga nasza miłość nie różniła się od śmierci. Dlaczego Bóg chciał mnie oddzielić od miłości, pomyślałam znowu, czy On sam nie jest miłością? Czy to nie On powinien ją najlepiej rozumieć? Zwłaszcza że pozwala wszystkim Swoim stworzeniom poczuć się trochę jak On za każdym razem, gdy jej doświadczają?
Z drugiej strony jednak, jeśli On był miłością, jej ucieleśnieniem odartym z wszelkiej niedoskonałości, jeśli był pełnią miłości, w którą diabeł nie może się wmieszać – wówczas każda inna miłość musiała okazać się miłostką, i to tylko w najlepszym wypadku. Czy to możliwe, że Bóg nie chciał dopuścić, abym przez resztę życia wierzyła, że „miłostki” to jest to? Być może On, wypełniony miłością po brzegi, wylewał ją na mnie, rozprawiając się z moim życiem? I może to właśnie ta miłość dana z łaski – miłość niezasłużona – skłaniała Go, aby pomóc mi dostrzec, że żadna osoba, miejsce czy rzecz, które kochałam bardziej od Niego samego, nie są w stanie dotrzymać obietnicy i kochać mnie na wieki? Moje serce też nie zostało stworzone tak, aby do nich należeć. Zrobiłyby ze mną to, co czyni grzech – na wieki oddzieliłyby mnie od Boga, czyli od prawdziwej miłości. To byłby mój koniec.
Przyszli do Boga przekonani, że jedynie cząstka tego, kim są, potrzebuje zbawienia
Pozwalając swojej seksualności panować nad sobą, wydawałam na siebie wyrok śmierci. Podobnie było z pozostałymi rzeczami. Wcześniej nigdy nie posądziłabym się o wyniosłość. Typowi bywalcy kościołów z zadartymi nosami, w długich spódnicach, puszący się tak, jakby urodzili się zbawieni, uświęceni i napełnieni Duchem Świętym – to oni wydawali mi się podpadać pod tę kategorię, nie ja. To oni zdawali się zapominać, że ich łachmany są brudne, nawet jeśli mają czyste ubrania. Doznali amnezji, zapomnieli, że Boga nie da się przekupić dobrymi uczynkami czy pobożną miną. Niebo otwiera swoje podwoje jedynie przed tymi, którzy przychodzą w towarzystwie Jezusa. Oni jednak wprosili się tam sami i jeszcze nazwali to sprawiedliwością.
Tymczasem ja – zupełnie nieświadomie – wyrosłam na tym samym zaczynie. Gdybym tylko mogła być heteroseksualna, gdybym mogła odłożyć na bok mój homoseksualizm, myślałam sobie, wtedy Bóg zaakceptowałby mnie i nazwał Swoją. Żyłam w złudnym przekonaniu, że tylko jeden aspekt mojego życia zasługuje na sąd, bo z całą resztą mogę śmiało ruszać do nieba. Że reszta moich wad „nie jest wcale taka zła”. Że to tylko zmagania, nad którymi ja potrzebuję nieco popracować, ale niekoniecznie wyznać je jako grzechy i się od nich odwrócić.
Całkiem możliwe, że tego rodzaju pycha stoi za tym, iż zbawienie omija tak wiele mężczyzn i kobiet odczuwających pociąg do osób tej samej płci. Opowiadają o tym, jak prosili Boga o pomoc w tej kwestii. Prosili Go, by zmienił ich w heteroseksualistów, ale On, jak twierdzą, odmówił im tego cudu. Ponieważ Bóg nie zamienił ich homoseksualnych pragnień na pragnienia heteroseksualne, nie mieli wyjścia – mogli jedynie podążać za swym sercem.
Błąd tego rozumowania jest następujący: przyszli do Boga przekonani, że jedynie cząstka tego, kim są, potrzebuje zbawienia, i całkowicie zlekceważyli konieczność przyznania, że cała reszta również potrzebuje pojednania z Bogiem. To zupełnie tak, jakby przyszli do Niego, dając Mu jedynie część swojego serca – jakby On nie miał prawa wziąć go w całości albo jakby spełnienie w tych dziedzinach, do których On nie otrzymał dostępu, można było osiągnąć bez Niego.
Działo się tu coś świętego
Szczegółowe badanie własnego serca, przeprowadzone w całości przez Ducha Świętego, pozwoliło mi zobaczyć coś, czego nie widziałam nigdy wcześniej: potrzebowałam uwolnienia nie tylko od homoseksualizmu, ale od wszelkiego grzechu. Potrzebowałam Boga. W każdej dziedzinie życia. Ale przecież wciąż nie znałam Go zbyt dobrze. Nie wiedziałam, czy – jeśli ja odkryję przed Nim swoje serce, jeśli opróżnię je z wszelkiego rodzaju zabezpieczeń i miłości, której nigdy nie znałam – On okaże się na tyle wielki, aby móc je całe na nowo wypełnić. Wiedziałam, że jeśli je wypełni, to samym Sobą – jest przecież Bogiem zbyt zazdrosnym, aby uczynić inaczej. Czy jednak On sam – to wszystko, czym On jest – wystarczy? To, co On nazywał bożkami, mnie dawało radość. Czy mogę w Nim odnaleźć większą? A może On nie tyle da mi radość, co będzie moją radością?
Wciąż leżałam na łóżku w tej samej pozycji. Działo się tu coś świętego, właśnie teraz. Bóg, który sprawił, że światłość rozbłysła w ciemności, wykonywał teraz podobne dzieło we mnie. Dzieło przełamania i pokonania ślepoty, której od urodzenia kurczowo się trzymałam. Jezus zaczynał mieć sens. Czyli – On jest Bogiem. Ten Jezus, o którym słuchałam na szkółce niedzielnej, chodził po wodzie. Ulepił człowieka z prochu ziemi i użył błota do ściągnięcia zasłony z niewidzących oczu. Anioły oddawały Mu chwałę. Szatan nie był w stanie Go pokonać. Istniał od zawsze. W żadnym momencie Swego istnienia nie potrzebował drugiej osoby, aby stać się bardziej Sobą. Nie było niczego w niebie i na ziemi, co mogłoby się z Nim równać. Wszelkie dobro pochodziło od Niego.
Będąc w Nim, dobrym i świętym, i miłosiernym, i zazdrosnym, i mądrym, i doskonałym, i miłującym, i niepojętym, i trójjedynym, i niezwykłym, i wspaniałym, i pięknym, i potężnym, i do szaleństwa cudownym, jakże kiedykolwiek mogłabym szczycić się czymś stworzonym, skoro powstało z tej samej substancji, która tworzyła i mnie?
Jak mogłabym żyć dla czegoś, co samo zostało stworzone, tak jakbym nie wiedziała, że kiedyś powróci tam, skąd przyszło, gdy tymczasem On, Bóg w Chrystusie, zstąpił z nieba właśnie dla mnie? Kto podał miłosierdziu mój adres? Kto powiedział, jak wejść do mojego pokoju? Czy nie wiedziało, że mieszka tu grzeszny człowiek? Czy fetor bożków nie powinien był powstrzymać miłosierdzia, gdy szło korytarzem? Wówczas przypomniał mi się jedyny werset Biblii, który znałam na pamięć.,,Tak bowiem Bóg umiłował świat, że dał swego jednorodzonego Syna, aby każdy, kto w niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3:16, dop. red.).
Ta sama Biblia, która mnie potępiała, zawierała obietnice, które mogły mnie uratować
Musiałam tylko w to uwierzyć. „W to” – czyli w to, co Biblia mówiła o Nim: o Bogu. Jezus, wisząc wysoko z szeroko rozłożonymi ramionami, myślał o tych, którzy są winni. Skoro o tym mowa – On umarł zamiast mnie, umarł za mój grzech. W obnażonym ciele, ze wzrokiem skierowanym ku przyszłej radości, stał się barankiem zabitym przez gniew Boga. Można by się spodziewać, że Jego Ojciec lepiej kojarzy fakty. Czyż nie wiedział, że gniew należał się mnie? Gniew nosił przecież nawet moje imię! Ale Ojciec wiedział. Jego sprawiedliwość nie pozwoliła Mu o tym zapomnieć. Chciał, abym poznała Jego miłość i pamiętała o niej – i tak się stało.
Wzywasz mnie do zadania, które przekracza moje możliwości, ale wiem o Tobie wystarczająco dużo, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że mi pomożesz – powiedziałam do Boga, mojego nowego przyjaciela. Nie wiedziałam, że przyznanie się do tego, iż sama nie jestem w stanie Go zadowolić, oraz odwrócenie się plecami do grzechów, w których ramiona dotąd się rzucałam, były pokutą. Nie rozumiałam też, że moja decyzja uwierzenia w to, że On może być dla mnie kimś, kim nie będzie w stanie być nikt inny, była wiarą. A jednak była. Nie pytając mnie o pozwolenie, dobry Bóg przybył mi na ratunek.
Treść wpisu zaczerpnięta została z książki Byłam lesbijką. Gay Girl, Good God – Jackie Hill Perry