Nasz Pośrednik przyciąga nas ku sobie, Twe pojednanie z innymi nas porusza.
Wejrzyj na nas i bądź nam miłościw; Upewnij nas o karze i skażeniu grzechu; Daj nam wiarę, by wierzyć, a wierząc, mieć życie w Jezusie; Wprowadź nas w Jego cierpienia;
Spraw, byśmy w przyczynach naszej żałoby ujrzeli Twoją rękę, radując się, że zsyła je Twoja opatrzność, która wszystkim rządzi.
Niech nasz płacz nie zakłóci siejby ani smutek pełnienia obowiązku. Bądź z nami, gdy nasza podróż dobiegnie kresu, abyśmy mogli uwielbić Cię w śmierci tak, jak za życia.
Błogosławimy Cię za to, że zachowujesz, zaopatrujesz, że zsyłasz łaski, i Tobie, zachowawcy dusz. Powierzamy wszystko, czym jesteśmy i co mamy.
Oby nie dosięgło nas zło, oby nie dopadła nas choroba ani żaden koszmar nie zmącił nam życia!
Oby nasze sumienie było klarowne, nasze serca czyste, nasz sen słodki!
I z niezliczoną rzeszą tych, którzy nie znają snu ani spoczynku. Łączymy się, oddając chwałę i cześć Barankowi, który zasiada na tronie, błogosławiąc go i sławiąc Jego moc na wieki wieków.
Dlaczego nie odwrócił się od swych grzechów i nie wezwał Pana? Dlaczego pozostał zatwardziały i nie żałował za swe nieprawości? Dlaczego nie został zbawiony? Daremnie próbowalibyśmy odpowiedzieć na te pytania. Zadowolmy się faktami, które podaje nam Pismo Święte, i zobaczmy, czego nas uczą.
Nie mamy żadnego prawa twierdzić, że łotr ten był gorszym człowiekiem od swego towarzysza: nic tego nie dowodzi. Obaj ewidentnie byli ludźmi nieprawymi; obaj otrzymali słuszną zapłatę za swe czyny; obaj wisieli obok naszego Pana Jezusa Chrystusa; obaj słyszeli, jak modli się za swych oprawców, obaj widzieli, jak cierpliwie znosi cierpienie.
Jednak gdy jeden żałował, to drugi trwał w swej zatwardziałości; gdy jeden zaczął się modlić, to drugi nadal złorzeczył; gdy jeden nawrócił się w ostatniej chwili, to drugi zmarł tak, jak żył – jako zły człowiek. Gdy jeden został wzięty do raju, to drugi poszedł do swego własnego miejsca – do miejsca diabła i jego aniołów.
Wszystko to zostało spisane dla nas ku przestrodze.
Odnajdujemy tu zarówno ostrzeżenie, jak i pocieszenie i jest to ostrzeżenie bardzo poważne. Historia ta dowodzi jednoznacznie, że choć niektórzy mogą żałować i nawrócić się na łożu śmierci, to nie wynika z tego, że wszyscy tak uczynią. Czas śmierci nie zawsze jest czasem zbawienia.
Opowieść ta pokazuje wyraźnie, że dwóch ludzi może mieć tę samą sposobność ocalenia swej duszy, może znajdować się w tej samej sytuacji, widzieć i słyszeć to samo tylko jeden z nich skorzysta ze sposobności, będzie żałować za grzechy, uwierzy i będzie zbawiony.
Amimo to Pokazuje ona przede wszystkim, że pokuta i wiara są darem Boga i nie leżą w ludzkiej mocy; że jeśli ktoś chlubi się, że może pokutować w wybranym przez siebie czasie, wybrać swą własną porę, szukać Pana wtedy, kiedy mu się podoba i, jak skruszony łotr, dostąpić zbawienia w ostatniej chwili – to może się srodze rozczarować.
Treść książki zaczerpnięta została z nadchodzącej książki: Świętość – J.C. Ryle.
Grzech Dawida wobec Batszeby jest pouczający na wielu poziomach. To był obrzydliwy, podły grzech. Dawid ,,zgwałcił” Batszebę. Śmiałe oskarżenie jest uzasadnione tekstem biblijnym.
W Psalmie 51 czytamy o późniejszej skrusze i szczerej pokucie Dawida. Zgwałcił zamężną Batszebę, która zaszła z nim w ciążę i próbowal to wszystko zatuszować, mordując jej męża, Uriasza. Ale cudzołóstwo i morderstwo nie sa wspomniane w Psalmie.
,,W psalmie tym nie ma ani słowa o seksie ani o morderstwie, ani o kłamstwie. A wszystko zaczęło się od seksu. A może jednak?”.
Zygmunt Freud wyobrażał sobie, że wszystkie nasze problemy są zakorzenione w problemach seksualnych, ale ,,Biblia nie widzi tego w ten sposób”. W przeciwieństwie do myśli Freuda, nadużywanie pięknego Bożego daru, jakim jest seks, stanowi ,,objaw choroby, a nie chorobę samą w sobie”. Dawid błaga więc Boga: ,,Przywróć mi radość Twojego zbawienia” (Ps 51:12). Brak tej radości był przyczyną niegodziwego zachowania Dawida. I dzisiaj także wielu może powiedzieć:
,,Kiedy ta radość zanika, wchodzę na strony pornograficzne. Kiedy ta radość zanika, zaczynam szukać rozrywki w okolicznych barach. Kiedy ta radość zanika, nachodzi mnie chrapka na inną kobietę.”
Tak więc ,,każdy grzech widoczny na zewnątrz jest symptomem braku” radości w Bogu. Dawid wie, jak walczyć z pożądaniem za pomocą wyższych przyjemności.
Nie mam żadnego problemu z różnymi sposobami na otaczanie mężczyzn i kobiet ochroną przed grzechem seksualnym. W rzeczywistości uważam, że to bardzo dobry pomysł. Nie jest to jednak główny cel. Jeśli nieustannie będziesz toczyć bitwę w tym obszarze, nigdy nie dotrzesz do sedna. Korzeniem tej sprawy jest odnowione serce – radość i zadowolenie płynące ze świadomości, że skruszone przez Boga kości On sam uzdrowił radością naszego zbawienia.
W jaki sposób życie seksualne mówi o zdrowiu naszej duszy?
Apostoł Paweł, w pierwszym rozdziale Listu do Rzymian, łączy ze sobą dysfunkcje seksualne z – występującą u grzesznika – dysfunkcją relacji z Bogiem. Wskazuje on na cztery aspekty:
1. Grzesznicy zamieniają chwałę Bożą na chwałę bożków, ,,dlatego też Bóg wydał ich nieczystości przez pożądliwości ich serc (…)” (Rz 1:23-24).
2. Grzesznicy zostali wydani na pastwę seksualnej pożądliwości, ponieważ ,,zamienili prawdę Bożą w kłamstwo i czcili stworzenie, i służyli raczej jemu niż Stwórcy, który jest błogosławiony na wieki” (Rz 1:24-25). Zatem ,,przyczyną pożądliwości i nieczystości oraz hańbienia ciała jest przyjęcie kłamstwa na temat Boga”. Niesłusznie wierzymy, że ,,przyjemności seksualne są dla nas czymś bardziej wartościowym niż sam Bóg. Zamieniliśmy Go na kłamstwo, a Bóg wydał nas na pastwę tego, co wybraliśmy”.
3. Grzesznicy zamienili Boga na kłamstwo, dlatego Bóg wydał ich na pastwę hańbiących, grzesznych namiętności (zob. Rz 1:25-26). ,,To już trzeci raz, gdy apostoł pisze, że powodem, dla którego Bóg pozwala nam pogrążyć się w postępowaniu hańbiącym nasze dobre, dane nam przez Boga pragnienia, jest fakt, iż zamieniliśmy, przehandlowaliśmy Boga. Zamieniliśmy Jego prawdę i Jego chwałę na inne rzeczy, choć nie są one dla nas lepsze”.
4. ,,A skoro im się nie spodobało zachowanie poznania Boga, wydał ich Bóg na pastwę wypaczonego umysłu, aby robili to, co nie wypada” (Rz 1:28).
Problemy seksualne to nie kwestia ignorancji, a preferencji – zamiłowania do życia bez Boga. Dysfunkcje seksualne są zakorzenione w tej postawie:
Nie chcę Cię w mojej głowie. Nie chcę Cię w moim sercu. Nie chcę, abyś był niezwykle cenny. Nie chcę mieć w swoim życiu Boga, który ma najwyższą wartość. Po prostu nie chcę.
Grzesznicy nie chcą Boga
Dlatego Bóg wydaje ich na pastwę tego, co czynią, a czego nie wypada czynić (zob. Rz 1:28). Tak więc ,,nie da siętego wyrazić jaśniej – jest to wielokrotnie powtórzone”. Główna przyczyna wypaczeń seksualnych – ,,homoseksualnych i heteroseksualnych” – leży w tej zamianie. ,,Boże, nie chcę Cię tutaj”. Kiedy Bóg nie jest na właściwym miejscu, wszystko inne pójdzie źle. Nowe pragnienia zapobiegają cudzołóstwu. Nowe namiętności napędzają nasze święte postępowanie.
A jeśli próbujesz odwrócić tę zasadę, mijasz się z zasadą chrześcijaństwa. Jestem chrześcijańskim hedonistą z powodów teologicznych. Zależy mi na uczuciach ludzi – ich sercach, emocjach, uczuciach – ponieważ wszystkie nasze zachowania z tego wynikają. Może być kilka zachowań, które praktykujesz dzięki sile woli wbrew swoim namiętnościom. Bardzo niewiele. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent tego, co robisz, płynie z zasady, że ,,z obfitości serca usta mówią”, a ręce poruszają się i żyjesz (zob. Mt 12:34).
Trzy kroki
Tak więc dążenie do seksualnej świętości w małżeństwie posiada na ,,posiadaniu nowych namiętności”. Dlatego też nie wolno nam ulegać namiętnościom naszego starego człowieka, tego sprzed nawrócenia (zob. 1P 1:14). Apostoł Piotr zachęca do świętości i czystości nie tylko poprzez oczekiwanie i wymaganie jej. Czyni to, objawiając nam chwałę Ewangelii (zob. 1P 1:1-12). Najpierw mówi:
Czy widzisz nadzieję, którą masz? Czy widzisz dziedzictwo? Czy widzisz, że jest ono niezniszczalne i niepokalane? Czy widzisz, jak Bóg ciędla niego zachowuje? Czy widzisz, jak przeprowadza cięprzez ogień, aby podnieść jego wartość, być mógł trzymać chwałę, cześć i uznanie? Czy widzisz to? Czy masz już teraz to poznanie? Jeśli tak, to masz nowe pragnienia. Te stare nie będąjuż tobą rządzić. Dlatego twoje postępowanie będzie święte. Swiętość to trzy kroki.
Krok 1. Zobacz świat takim, jaki jest naprawdę; zobacz wieczność i dostrzeżwartość swojej wiecznej nadziei.
Krok 2. ,,Poczuj nowe pragnienia”.
Krok 3. Okaż posłuszeństwo. ,,To jest chrześciaństwo”.
Trzeźwość nie była mile widziana. W poprzedni wieczór razem z moją dziewczyną wypaliłyśmy tygodniowy zapas zioła. Wskutek naszej impulsywności dziś nie było dymka, więc nic nie rozpraszało mojej uwagi. Leżąc na łóżku, trzymałam w lewej ręce telefon. Prawy bok zatopiłam w wygrzanym materacu, prawą ręką przyciskałam do ucha poduszkę. Myśli budziły się w przerwach między reklamami, nie mając mi nic szczególnego do powiedzenia:
– Na którą ja w ogóle mam jutro do pracy?
– Muszę zadzwonić do kumpeli, żeby mnie podwiozła.
– Ciekawe, jak się ma jej mama.
-Moja pewnie wciąż się wścieka, że przyszłam do domu upalona
– Gdzie jest pilot? Ciekawe, co leci na innych kanałach.
– Ona doprowadzi cię do śmierci.
W jednej chwili usiadłam, jakbym zobaczyła ducha albo poczuła czyjś dotyk na plecach. Myśl nie była słyszalna, ale na tyle wyraźna, żeby zagłuszyć całą resztę. Wszystkie konwersacje w mojej głowie ucichły, a serce zrobiło się ciężkie jak kamień. Nie miałam pojęcia, skąd się wzięło to zdanie. Nie byłam w stanie wskazać jego źródła.
– Może to diabeł?
– Nieee, gdyby to był on, chyba nie dałabym się przekonać.
– Może to tylko ja?
– Niemożliwe, to nie mogłam być ja.
– Ale skoro usłyszałam to w głowie, to muszę być ja.
– No, ale przecież nie wymyśliłam tego… to raczej przyszło do mnie.
– A może to Bóg?
Tylko Bóg mógł coś takiego powiedzieć
Stwierdziłam, że tylko Bóg mógł coś takiego powiedzieć. To było jak czerwona syrena, On próbował mnie ostrzec. Ostrzec przed śmiercią. Śmiercią, najwyraźniej nieodległą, z powodu osoby, którą kocham. Kochałam kobietę, najwyraźniej na zabój. Czy On to powiedział, bo dawał mi wybór? Chciał, żebym wybrała to, co da mi życie? On był życiem, a przynajmniej tak kiedyś powiedział jeden kaznodzieja. Jeśli rzeczywiście nim był, to czy chce, żebym wybrała Jego? Taki wybór będzie oznaczał, że muszę się z nią rozstać. To niesprawiedliwe. W moim wyobrażeniu wybranie Boga było tożsame z wybraniem heteroseksualizmu – święty nakaz. Tak jak trzeźwość dla nawróconego alkoholika, pomyślałam. Kto chciałby tak żyć? W imię Boże wejść w relację z mężczyzną? Teraz wiem coś, o czym wtedy nie miałam pojęcia.
Bóg nie wzywał mnie do relacji heteroseksualnej, wzywał mnie do relacji ze Sobą. Decyzja o odrzuceniu grzechu i uchwyceniu się świętości nie była tym samym co heteroseksualizm. W oparciu o moje wcześniejsze rozumienie Boga, ukształtowane na podstawie wypowiedzi tych niewielu chrześcijan, których spotkałam, wybranie Boga w sposób nieunikniony oznaczało wybranie mężczyzn. Wydawało mi się więc, że nawet jeśli polubiłabym ich bardziej tylko po to, żeby bez udziału Boga wykorzenić z siebie homoseksualizm, to właśnie najbardziej by Mu się podobało. Sądziłam, że On widzi we mnie w pierwszej kolejności żonę, a dopiero w drugiej – Swoją uczennicę.
Tyle że Bóg to nie duchowny z Las Vegas czy niecierpliwa matka, zdeterminowana, aby podsunąć mi jakiegoś faceta, który „uleczy” mnie z homoseksualizmu. Bóg to Bóg. Pragnący mojego serca – w całości; Bóg, któremu zależy na tym, aby je odnowić. Bóg oddany zmienianiu mojego serca tak, by było podobne Jemu. W procesie stawania się świętą, tak jak On jest święty (1 P 1:15-16, dop. red.), nie miałam zostać w cudowny sposób przemieniona w kobietę obojętną na kobiece wdzięki – ale w kobietę, która nade wszystko kocha Boga.
Obojętnie, czy doszłoby kiedykolwiek do mojego małżeństwa, czy byłabym powołana do życia w pojedynkę, sam, własnymi rękami, chciał zagwarantować, żebym w obu wypadkach żyła dla Niego. (Ku mojemu zaskoczeniu kilka lat później wyszłam za mąż. Jednak wtedy Bóg wzywał mnie nie o tego, abym zakochała się w mężczyźnie czy żyła, udając, że nie odczuwam pociągu do kobiet. Wzywał mnie, abym kochała Go z całego serca, całej duszy i całego umysłu, Mt 22:36-37).
Nie mogę powiedzieć, że żyję
Myśl o śmierci była tak namacalna, że natychmiast wywróciła moje myślenie do góry nogami. Bóg nagle wszedł w mój świat, czyniąc jeden zdecydowany krok, a ja obserwowałam, jak cała moja rzeczywistość zamienia się w proch, wzbija w górę i opada, właściwie w jednej chwili. Sumienie dawało świadectwo prawdzie, której nie mogłam już dłużej zaprzeczać. Traciłabym tylko czas. Czas, który – wiedziałam – nie należał do mnie. Czułam, że śmierć jest bliżej niż moja własna skóra.
Kiedyś w naszym kościele kaznodzieja powiedział – do wtóru pełnego dramatyzmu akompaniamentu – że zapłatą za grzech jest śmierć. Przypomniawszy to sobie, zaczęłam się zastanawiać: ,,Czy ja czasem nie jestem martwa już od dawna?”. Całe życie nic, tylko grzeszę. Nie mogę powiedzieć, że żyję – co najwyżej oddycham. Bóg chciał, żebym zdała sobie z tego sprawę, nim ustanie i mój oddech. Wiedziałam, że On ma bardzo konkretne oczekiwania: rozstanie z dziewczyną, choć przyszły mi do głowy też inne rzeczy. Co jeszcze kochałam, co mogło doprowadzić mnie do śmierci? – zastanawiałam się. Musiało być więcej katów, z których zrobiłam swoich kochanków.
Gdy tak rozmyślałam, do głowy przychodziły mi kolejne grzechy. Człowiek z łatwością przypomina je sobie, gdy wie, że już został skazany. Miałam wrażenie, że niczym konfetti opadają na mnie z góry pycha, nieczystość, pornografia, kłamstwo, brak szacunku do autorytetów i homoseksualizm (te bardziej oczywiste spośród moich grzechów). Ubierały się krzykliwie. Wszystkie miały wspólny korzeń – jeden organiczny grzech, który wyrósł, rozkrzewił się i wydał owoce pozostałych, pełne nowych ziaren. Niewiara: ten grzech stał się szubienicą, na której zawisłam, winna zarzucanych mi czynów.
Czy Bóg nie jest miłością?
Tamtego wieczoru nie zmieniłam kanału. Telewizor nadal szumiał, ale nie zwróciłam na to uwagi, bo coś surrealistycznego stało się z moim pokojem. Nie rozpoznawałam go. Nie wiem w sumie, jak nazwać tamten moment. Nikt nigdy nie wyjaśnił mi posłuszeństwa w takich kategoriach. Nie było ławek kościelnych i poruszającej muzyki w tle, która zdolna byłaby porwać mnie z miejsca. Nie było kaznodziei z bezprzewodowym mikrofonem, wykrzykującego wersety z Pisma, a lewą ręką zachęcającego grzesznika do przyjścia przed ołtarz. Nie stałam na dywanie prowadzącym wprost do ołtarza, na którym mogłabym złożyć moje grzechy. Moje grzechy – a było ich wiele – pewnie i tak nie zmieściłyby się na zwykłym ołtarzu. Byłam tylko ja, mój pokój i Bóg.
Nie więcej niż dwadzieścia cztery godziny wcześniej ja i moja dziewczyna złożyłyśmy swój ciężar tam, gdzie ukryte były nasze serca. Nie znałam schronienia, w którym czułabym się bezpieczniej. Jej oczy, niczym witraże, wpuszczały do środka światło. Rozpromieniała moje dni. Była odpowiedzią na modlitwę, której Bóg zabronił mi wypowiadać. Kochałam ją, ale zdaniem Boga nasza miłość nie różniła się od śmierci. Dlaczego Bóg chciał mnie oddzielić od miłości, pomyślałam znowu, czy On sam nie jest miłością? Czy to nie On powinien ją najlepiej rozumieć? Zwłaszcza że pozwala wszystkim Swoim stworzeniom poczuć się trochę jak On za każdym razem, gdy jej doświadczają?
Z drugiej strony jednak, jeśli On był miłością, jej ucieleśnieniem odartym z wszelkiej niedoskonałości, jeśli był pełnią miłości, w którą diabeł nie może się wmieszać – wówczas każda inna miłość musiała okazać się miłostką, i to tylko w najlepszym wypadku. Czy to możliwe, że Bóg nie chciał dopuścić, abym przez resztę życia wierzyła, że „miłostki” to jest to? Być może On, wypełniony miłością po brzegi, wylewał ją na mnie, rozprawiając się z moim życiem? I może to właśnie ta miłość dana z łaski – miłość niezasłużona – skłaniała Go, aby pomóc mi dostrzec, że żadna osoba, miejsce czy rzecz, które kochałam bardziej od Niego samego, nie są w stanie dotrzymać obietnicy i kochać mnie na wieki? Moje serce też nie zostało stworzone tak, aby do nich należeć. Zrobiłyby ze mną to, co czyni grzech – na wieki oddzieliłyby mnie od Boga, czyli od prawdziwej miłości. To byłby mój koniec.
Przyszli do Boga przekonani, że jedynie cząstka tego, kim są, potrzebuje zbawienia
Pozwalając swojej seksualności panować nad sobą, wydawałam na siebie wyrok śmierci. Podobnie było z pozostałymi rzeczami. Wcześniej nigdy nie posądziłabym się o wyniosłość. Typowi bywalcy kościołów z zadartymi nosami, w długich spódnicach, puszący się tak, jakby urodzili się zbawieni, uświęceni i napełnieni Duchem Świętym – to oni wydawali mi się podpadać pod tę kategorię, nie ja. To oni zdawali się zapominać, że ich łachmany są brudne, nawet jeśli mają czyste ubrania. Doznali amnezji, zapomnieli, że Boga nie da się przekupić dobrymi uczynkami czy pobożną miną. Niebo otwiera swoje podwoje jedynie przed tymi, którzy przychodzą w towarzystwie Jezusa. Oni jednak wprosili się tam sami i jeszcze nazwali to sprawiedliwością.
Tymczasem ja – zupełnie nieświadomie – wyrosłam na tym samym zaczynie. Gdybym tylko mogła być heteroseksualna, gdybym mogła odłożyć na bok mój homoseksualizm, myślałam sobie, wtedy Bóg zaakceptowałby mnie i nazwał Swoją. Żyłam w złudnym przekonaniu, że tylko jeden aspekt mojego życia zasługuje na sąd, bo z całą resztą mogę śmiało ruszać do nieba. Że reszta moich wad „nie jest wcale taka zła”. Że to tylko zmagania, nad którymi ja potrzebuję nieco popracować, ale niekoniecznie wyznać je jako grzechy i się od nich odwrócić.
Całkiem możliwe, że tego rodzaju pycha stoi za tym, iż zbawienie omija tak wiele mężczyzn i kobiet odczuwających pociąg do osób tej samej płci. Opowiadają o tym, jak prosili Boga o pomoc w tej kwestii. Prosili Go, by zmienił ich w heteroseksualistów, ale On, jak twierdzą, odmówił im tego cudu. Ponieważ Bóg nie zamienił ich homoseksualnych pragnień na pragnienia heteroseksualne, nie mieli wyjścia – mogli jedynie podążać za swym sercem.
Błąd tego rozumowania jest następujący: przyszli do Boga przekonani, że jedynie cząstka tego, kim są, potrzebuje zbawienia, i całkowicie zlekceważyli konieczność przyznania, że cała reszta również potrzebuje pojednania z Bogiem. To zupełnie tak, jakby przyszli do Niego, dając Mu jedynie część swojego serca – jakby On nie miał prawa wziąć go w całości albo jakby spełnienie w tych dziedzinach, do których On nie otrzymał dostępu, można było osiągnąć bez Niego.
Działo się tu coś świętego
Szczegółowe badanie własnego serca, przeprowadzone w całości przez Ducha Świętego, pozwoliło mi zobaczyć coś, czego nie widziałam nigdy wcześniej: potrzebowałam uwolnienia nie tylko od homoseksualizmu, ale od wszelkiego grzechu. Potrzebowałam Boga. W każdej dziedzinie życia. Ale przecież wciąż nie znałam Go zbyt dobrze. Nie wiedziałam, czy – jeśli ja odkryję przed Nim swoje serce, jeśli opróżnię je z wszelkiego rodzaju zabezpieczeń i miłości, której nigdy nie znałam – On okaże się na tyle wielki, aby móc je całe na nowo wypełnić. Wiedziałam, że jeśli je wypełni, to samym Sobą – jest przecież Bogiem zbyt zazdrosnym, aby uczynić inaczej. Czy jednak On sam – to wszystko, czym On jest – wystarczy? To, co On nazywał bożkami, mnie dawało radość. Czy mogę w Nim odnaleźć większą? A może On nie tyle da mi radość, co będzie moją radością?
Wciąż leżałam na łóżku w tej samej pozycji. Działo się tu coś świętego, właśnie teraz. Bóg, który sprawił, że światłość rozbłysła w ciemności, wykonywał teraz podobne dzieło we mnie. Dzieło przełamania i pokonania ślepoty, której od urodzenia kurczowo się trzymałam. Jezus zaczynał mieć sens. Czyli – On jest Bogiem. Ten Jezus, o którym słuchałam na szkółce niedzielnej, chodził po wodzie. Ulepił człowieka z prochu ziemi i użył błota do ściągnięcia zasłony z niewidzących oczu. Anioły oddawały Mu chwałę. Szatan nie był w stanie Go pokonać. Istniał od zawsze. W żadnym momencie Swego istnienia nie potrzebował drugiej osoby, aby stać się bardziej Sobą. Nie było niczego w niebie i na ziemi, co mogłoby się z Nim równać. Wszelkie dobro pochodziło od Niego.
Będąc w Nim, dobrym i świętym, i miłosiernym, i zazdrosnym, i mądrym, i doskonałym, i miłującym, i niepojętym, i trójjedynym, i niezwykłym, i wspaniałym, i pięknym, i potężnym, i do szaleństwa cudownym, jakże kiedykolwiek mogłabym szczycić się czymś stworzonym, skoro powstało z tej samej substancji, która tworzyła i mnie?
Jak mogłabym żyć dla czegoś, co samo zostało stworzone, tak jakbym nie wiedziała, że kiedyś powróci tam, skąd przyszło, gdy tymczasem On, Bóg w Chrystusie, zstąpił z nieba właśnie dla mnie? Kto podał miłosierdziu mój adres? Kto powiedział, jak wejść do mojego pokoju? Czy nie wiedziało, że mieszka tu grzeszny człowiek? Czy fetor bożków nie powinien był powstrzymać miłosierdzia, gdy szło korytarzem? Wówczas przypomniał mi się jedyny werset Biblii, który znałam na pamięć.,,Tak bowiem Bóg umiłował świat, że dał swego jednorodzonego Syna, aby każdy, kto w niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3:16, dop. red.).
Ta sama Biblia, która mnie potępiała, zawierała obietnice, które mogły mnie uratować
Musiałam tylko w to uwierzyć. „W to” – czyli w to, co Biblia mówiła o Nim: o Bogu. Jezus, wisząc wysoko z szeroko rozłożonymi ramionami, myślał o tych, którzy są winni. Skoro o tym mowa – On umarł zamiast mnie, umarł za mój grzech. W obnażonym ciele, ze wzrokiem skierowanym ku przyszłej radości, stał się barankiem zabitym przez gniew Boga. Można by się spodziewać, że Jego Ojciec lepiej kojarzy fakty. Czyż nie wiedział, że gniew należał się mnie? Gniew nosił przecież nawet moje imię! Ale Ojciec wiedział. Jego sprawiedliwość nie pozwoliła Mu o tym zapomnieć. Chciał, abym poznała Jego miłość i pamiętała o niej – i tak się stało.
Wzywasz mnie do zadania, które przekracza moje możliwości, ale wiem o Tobie wystarczająco dużo, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że mi pomożesz – powiedziałam do Boga, mojego nowego przyjaciela. Nie wiedziałam, że przyznanie się do tego, iż sama nie jestem w stanie Go zadowolić, oraz odwrócenie się plecami do grzechów, w których ramiona dotąd się rzucałam, były pokutą. Nie rozumiałam też, że moja decyzja uwierzenia w to, że On może być dla mnie kimś, kim nie będzie w stanie być nikt inny, była wiarą. A jednak była. Nie pytając mnie o pozwolenie, dobry Bóg przybył mi na ratunek.
Gdy tylko poruszamy temat predestynacji czy wybrania, natychmiast rodzi się pytanie: czy predestynacja jest pojedyncza, czy podwójna? Zazwyczaj za tym pytaniem kryje się dość kiepsko zawoalowana wątpliwość odnośnie do infra- i supralapsarianizmu. Jako że jest to kwestia nieco owiana tajemnicą, nie będziemy się nią tu zajmować. Głębszym problemem jest pytanie o związek między odrzuceniem a wybraniem. Potępienie to rewers wybrania – jego ciemna strona, rodząca wiele obaw. To właśnie doktryna odrzucenia (reprobacji) zasłużyła sobie na miano ,,strasznego zrządzenia”. Czym innym jest głosić łaskawe Boże przeznaczenie do wybrania, czymś zupełnie innym – odwieczny Boży dekret o potępieniu pewnych nieszczęśników.
Pojedyncza predestynacja?
Część zwolenników predestynacji opowiada się za pojedynczą predestynacją. Utrzymują oni, że choć niektórzy ludzie zostali przeznaczeni do wybrania, nikt nie został przeznaczony do potępienia czy odrzucenia. Bóg wybiera tych, których nieodwołalnie zbawi, całej reszcie natomiast daje szansę na zbawienie. Upewnia się co do tego, że przy Jego szczególnej pomocy – niektórzy ludzie zostaną na pewno zbawieni, natomiast całej reszcie ludzkości pozostawia otwartą drogę do zbawienia. Pozytywnie odpowiadając na Ewangelię, mogą oni niejako stać się wybrani.
Stanowisko to opiera się raczej na sentymentach niż na logice czy egzegezie. Rzuca się tu w oczy następująca oczywistość: jeśli niektórzy są wybrani, a niektórzy nie, wówczas predestynacja ma dwie strony. Nie wystarczy mówić o Jakubie, należy również przyjrzeć się Ezawowi. Predestynacja (przeznaczenie) – o ile nie jest powszechna, czy to w postaci powszechnego wybrania, czy powszechnego potępienia – musi być w pewnym sensie podwójna.
Doktryna równej sprawczości
Biorąc pod uwagę, że Biblia naucza zarówno o wybraniu, jak i o partykularyzmie, nie da się uniknąć tematu podwójnej predestynacji. Pytanie zatem nie brzmi, czy, ale w jaki sposób predestynacja jest podwójna. W tej sprawie wykształciły się różne stanowiska. Jedno z nich jest tak przerażające, że wielu wzdraga się na samą myśl o podwójnej predestynacji.
Ów straszny pogląd zwiemy równą sprawczością, a zbudowany jest on w symetrycznej wizji predestynacji. Dostrzega on symetrię między dziełem Boga w wybraniu oraz w odrzuceniu; dąży do idealnej równowagi między nimi. Bóg ingeruje w życie wybranych, wzbudzając wiarę w ich sercach, i dokładnie tak samo ingeruje w serca odrzuconych, budząc w nich niewiarę. Wnioskuje się o tym z tych fragmentów Biblii, w których mowa jest o Bogu zatwardzającym serca ludzkie.
,,Antykalwinizm”
Klasyczna teologia reformowana odrzuca doktrynę równej sprawczości, którą niektórzy nazywają doktryną ,,hiperkalwinizmu”. Ja sam wolę nazywać ją ,,subkalwinizmem” albo – jeszcze precyzyjniej – ,,antykalwinizmem”. Choć kalwinizm bez wątpienia trzyma się swego rodzaju podwójnej predestynacji, nie przyjmuje doktryny równej sprawczości.
Stanowisko reformowane czyni istotne rozróżnienie między Bożym dekretem pozytywnym i negatywnym. Bóg zrządza wybranie niektórych (dekret pozytywny) i zrządza odrzucenie innych (dekret negatywny). Różnica między dekretem pozytywnym a negatywnym nie dotyczy wyniku (choć wyniku (choć wynik w rzeczy samej jest pozytywny lub negatywny), ale sposobu, w jaki Bóg realizuje Swe zrządzenia w dziejach świata.
Dekret pozytywny mówi o aktywnej interwencji Boga w życie wybranych, celem wzbudzenia w nich wiary. Dekret negatywny nawiązuje nie do kształtowania w sercach odrzuconych niewiary, ale do pominięcia ich i odmówienia im odradzającej łaski.
Kalwin komentuje to następująco:
Jeśli naprawdę nie wstydzimy się Ewangelii, koniecznie musimy uznać to, co tak otwarcie ona głosi: że Bóg, w Swym odwiecznym upodobaniu (niemającym innej przyczyny niż Jego własny zamysł), wybrał tych, których Sobie upodobał, do zbawienia, odrzucając całą resztę; oraz że tych, których obdarzył tymże błogosławieństwem darmowego usynowienia, tych też oświeca Duchem Świętym, podczas gdy pozostałych, z własnej woli trwających w niewierze, pozostawia bez światła wiary w całkowitej ciemności.
W rozumieniu Kalwina i innych reformatorów Bóg pomija odrzuconych, pozostawiając ich samych sobie. Nie przymusza ich do grzechu, nie pomnaża zła gnieżdżącego się w ich sercach. Pozostawia ich samych sobie – ich własnym wyborom i pragnieniom, w których zawsze decydują się oni odrzucić Ewangelię.
W jaki sposób Bóg zbawia…?
Pamiętam, jak na pytanie o predestynację rektor pewnego prezbiteriańskiego seminarium teologicznego odpowiedział: ,,Nie wierzę w predestynację, ponieważ nie wierzę, aby Bóg na siłę wprowadzał wyrywających się i szarpiących ludzi do Swojego królestwa, jednocześnie odmawiając dostępu tym, którzy szczerze pragną się w nim znaleźć”. Zaskoczyła mnie ta wypowiedź, nie tylko dlatego że rekto ten publicznie wyparł się wiary w predestynację, tym samym rażąco naruszając przysięgę złożoną podczas ordynacji w Kościele prezbiteriańskim, lecz także dlatego, że ujawniła ona istotny bląd w rozumieniu doktryny, z którą powinien był być dobrze zaznajomiony.
Teologia reformowana nie uczy, że Bóg wprowadza do królestwa wybranych, którzy ,,wyrywają się i szarpią, wbrew ich woli”. Naucza, że Bóg działa w sercach wybranych tak, aby z chęcią i radością przyszli do Chrystusa. Przychodzą do Chrystusa, ponieważ tego chcą. Chcą tego, ponieważ Bóg wlał w ich serca pragnienie Chrystusa. Podobnie i potępieni – szczerze nie chcą przyjąć Chrystusa. Nie noszą w sobie żadnego pragnienia Chrystusa i uciekają przed Nim.
Tabela ukazuje różnice pomiędzy kalwinizmem ortodoksyjnym i tak zwanym hiperkalwizmem. Jej układ pozwala dostrzec pozytywno-negatywny schemat kalwinizmu, w myśl którego Bóg aktywnie działa w życiu i w sercu wybranych, jednocześnie pomijając potępionych (pozostawiając ich w ich naturalnym stanie.) Należy pamiętać, że zrządzając wybranie, Bóg bierze pod uwagę całą ludzkość w stanie upadłości. Decyduje się odkupić pewnych ludzi spośród upadłych, a reszę – pozostawić w stanie upadku. Wkracza w życie wybranych, powstrzymując się od tego w życiu odrzuconych. Jedna grupa otrzymuje miłosierdzie, druga – sprawiedliwość.
…A w jaki potępia?
Pojęcie ,,sprawiedliwość” obejmuje wszystko, co wiąże się z prawością. Pojęcie ,,nie-sprawiedliwość” obejmuje z kolei wszystko, czego nie obejmuje pojęcie sprawiedliwości: czyli nie-sprawiedliwość, która narusza sprawiedliwość i jest złem; oraz miłosierdzie, które nie narusza sprawiedliwośći i nie jest złem. Bóg okazuje Swoje miłosierdzie (nie-sprawiedliwość) niektórym, a resztę pozostawia w rękach Swojej sprawiedliwości. Nikt nie zostaje potraktowany niesprawiedliwie. Nikt nie może oskarżyć Boga o niesprawiedliwość.
Gdy czytamy słowa św. Pawła o Bogu, który umiłował Jakuba i znienawidził Ezawa (Rz 9:13), nie należy owej Bożej ,,nienawiści” równać z ludzką nienawiścią. Boża nienawiść jest święte (zob. Ps 139:22). Boża nienawiść nigdy nie jest nikczemna. Wstrzymuje jedynie Bożą przychylność. Bóg w wyjątkowy sposób stoi ,,za” Swoimi wybranymi, okazująć im Swoją miłość. Odwraca natomiast Swoją twarz od ludzi nikczemnych, którzy nie są odbiorcami Jego szczególnej łaski. Ci, którym okazuje On Swą ,,pełną zadowolenia miłość”, otrzymują od Niego miłosierdzie. Ci, którym okazuje ,,nienawiść”, otrzymują od Niego sprawiedliwość. Nikt nie zostaje potraktowany niesprawiedliwie.
Jaki z tego wniosek?
Taki, że wybranie, o którym czytamy w Biblii, jest bezwarunkowe. Żadne nieprzewidziane zachowanie wybranych nie przyczyni się do uznania ich za wybranych i stanie się podstawą ich wybrania. Warunki zbawienia czy usprawiedliwienia w rzeczy samej spełnia sam wierzący, ale tylko dlatego, że Bóg w Swojej łasce spełnia te warunki w jego imieniu. Kalwin podsumowuje to następująco:
,,Choć są one nie do obalenia, wielu polemizuje jednak z wyłożonymi przez nas stanowiskami, a w szczególności – z danym darmo wybraniem wierzących. Polemizują, ponieważ mają w zwyczaju wyobrażać sobie, że Bóg czyni między ludźmi różnicę na podstawie ich zasług, które uprzednio przewiduje, i usynawia tych jedynie, tórzy – zgodnie z uprzednią Jego wiedzą – nie okażą się niegodni Jego łaski. Skazuje zaś na zagładę tych, których dyspozycję uznaje za podatną na nikczemność i niegodziwość. Polemiści owi, zaciągając zasłonę przedwiedzy nie tylko czynią wybranie niezrozumiałym, ale i pozornie nadają mu zupełnie inne pochodzenie.”
Niestety, w niektórych współczesnych tradycjach chrześcijańskich obserwujemy bagatelizację doktryny. Słyszymy, jak ludzie mówią, że właściwe życie (ortopraksja) jest ważniejsze niż właściwe przekonania (ortodoksja), oraz że Wielkie Posłannictwo i wielkie przykazanie powinny nas przestrzec przed poświęcaniem zbyt wiele czasu na spory doktrynalne. Prawie każdy z nas słyszał zwrot (z pozytywną intencją), że ktoś jest ,,duchowy, ale nie religijny”. Nawet w Kościołach protestanckich zbyt często zadowalamy się niejasnymi ogólnikami. Nie mamy cierpliwości do terminów technicznych i starannego rozumowania. Wolimy pobożne frazesy niż doktrynalną precyzję.
Chrześcijaństwo pierwszych wieków było doktrynalne
Jednakże pierwsi chrześcijanie nie postrzegali wiary w ten sposób, przynajmniej nie ci, którzy mieli wystarczające wykształcenie, aby móc pisać o swoich przekonaniach. Już w II wieku jeden z Ojców Kościoła – św. Ireneusz (ok. 130-202 r.) – odwoływał się do czegoś, co nazywano „regułą wiary”. Ireneusz był oddalony od Apostołów zaledwie o kilka pokoleń. Święty Jan, uczeń Jezusa, na własne uszy słyszał nauczającego Jezusa, na własne oczy widział cuda, był na Górze Przemienienia, przy pustym grobie i przy wydarzeniach w dniu Pięćdziesiątnicy. Ten sam św. Jan nauczał Polikarpa (69-155 r.), słynnego (i ostatecznie zabitego za wiarę) biskupa Smyrny, który z kolei uczył Ireneusza. W I. wieku Ireneusz dzielnie bronił ortodoksji w walce z herezjami gnostyków. Sposób, w jaki się im przeciwstawiał, był niemal tak samo ważny, jak konkretne argumenty, które przedstawiał. Cytował Stary Testament, a także wiele dokumentów, które dziś możemy znaleźć w Nowym Testamencie. Broniąc prawdy, sprowadzał wszystko do przeszłości, czyli do tego, co już przekazano, co otrzymano i co zapisano. Ostatecznie odwołał się do reguły wiary – depozytu doktryny apostolskiej, w którą należało wierzyć, i której nie należało się sprzeciwiać. Argumentując w ten sposób, Ireneusz wyrażał chrześcijański instynkt, który był obecny w Kościele od samego początku.
Symbol wiary
Spójrzmy tylko na Apostolskie wyznanie wiary, wywodzące się prawdopodobnie z II połowy II wieku, wyrosłe z formuł liturgicznych obecnych już w Kościele, a nazywane „symbolem wiary”. Dorosłym osobom, które miały przystąpić do chrztu, zadawano trzy pytania:
1. Czy wierzysz w Boga, Ojca Wszechmogącego?
2. Czy wierzysz w Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który zrodził się z Ducha Świętego i Dziewicy Maryi, ukrzyżowany przy Poncjuszu Piłacie i zmarły, i pogrzebany, i zmartwychwstał trzeciego dnia żywy z martwych, i wstąpił na niebiosa, zasiada po prawicy Ojca, i powtórnie przyjdzie sądzić żywych i martwych?
3. Czy wierzysz w Ducha Świętego i w święty Kościół i w zmartwychwstanie ciał?”
,,Credo”
Sformułowania te brzmią dla większości z nas bardzo znajomo. I o to właśnie chodzi. Język doktrynalny istniał od samego początku. Już od początków istnienia Kościoła nawróceni, którzy przyjmowali chrzest, musieli złożyć wyznanie wiary. Wymagało to formuły konfesyjnej podobnej do przytoczonej formuły trynitarnej. „Wierzę” znajduje się na początku Credo nicejsko-konstantynopolitańskiego nie bez powodu. Jaroslav Pelikan zauważył, że jedną z najbardziej trwałych cech wszystkich chrześcijańskich Credo i konfesji – cechą tak oczywistą, że łatwo ją przeoczyć, zwłaszcza będąc stronnikiem teologii liberalnej – jest całkowita powaga, z jaką traktują sprawy doktryny chrześcijańskiej jako, całkiem dosłownie, kwestie życia i śmierci zarówno tu, w doczesności, jak iw wieczności”.
Nie wystarczy nawoływać ludzi, aby żyli jak Jezus.
Niewątpliwie przesłanie apostolskie nawoływało ludzi do prowadzenia pobożnego życia, ale tylko w połączeniu z mocnym przesłaniem o grzechu, zbawieniu, wcieleniu, zmartwychwstaniu, odkupieniu, pojednaniu i życiu wiecznym. Każda Ewangelia, która zaprzecza tym podstawowym zasadom, ignoruje je i pomija, by przejść do czegoś innego lub nie odnosi się do nich wprost, sprawia, że ludzie w nie wątpią. W efekcie tego Ewangelia ta staje się inna. Wiara chrześcijańska jest czymś więcej niż tylko doktryną, w którą należy wierzyć, lecz nigdy nie jest ona czymś mniej.
„Wtedy Paweł według swego zwyczaju wszedł do nich i przez trzy szabaty rozprawiał z nimi na podstawie Pisma; Wyjaśniając i nauczając, że Chrystus musiał cierpieć i powstać z martwych oraz: Ten Jezus, którego wam głoszę, jest Chrystusem”(17:2-3).
Tysiąc proroctw
Kiedyś zapytałem kogoś, ile liczb trzeba trafić na loterii, aby wygrać nagrodę główną. Dowiedziałem się, że trzeba poprawnie podać sześć liczb. Jak myślisz, ile pieniędzy otrzymałby ktoś, kto trafiłby na loterii szóstkę dziesięciokrotnie? Nieoszacowane bogactwo? Nie, zwycięzca prawdopodobnie nie dostałby nic poza długim wyrokiem w zakładzie karnym, ponieważ jedynym sposobem, w jaki ktoś mógłby trafić sześć poprawnych liczb 10 razy, jest oszustwo. Szanse są po prostu zbyt małe. W ten sam sposób nikt nie jest w stanie przewidzieć z wyprzedzeniem, co stanie się z naszym światem w przyszłości lub co stanie się w życiu człowieka. Jest jednak niezaprzeczalnym faktem, że ponad tysiąc konkretnych proroctw ze starożytności dotyczących Mesjasza wypełniło się – konkretnie, szczególnie i doskonale – w osobie Jezusa. Gdyby sceptycy poświęcili czas na zapoznanie się z tym proroctwami, zakończyłoby to wątpliwości co do boskiego pochodzenia Pisma Świętego i Jezusa.
Otwarcie Pisma Świętego
Takie było podejście św. Pawła. Poszedł do Tesaloniczan, tak jak zrobił to z Filipianami, a później z Berejczykami, i debatował z nimi publicznie na rynku. Otwierał Pismo Święte Starego Testamentu i pokazywał im tekst po tekście, tak jak Jezus na drodze do Emaus. Pokazywał, że Mesjasz musiał cierpieć i umrzeć, o czym ówcześni Żydzi zupełnie zapomnieli. Paweł apostoł nie argumentował abstrakcyjnie; argumentował na podstawie Biblii, wykorzystując starotestamentalne proroctwa o Mesjaszu. Czy byłbyś w stanie to zrobić? Ja nie. Nie byłbym w stanie podać wszystkich tych proroctw z głowy, ale św. Paweł mógł. Był najlepiej wykształconym Żydem w Palestynie, opanował Słowo Boże, a im więcej ludzi było świadomych Słowa Bożego, tym większa była odpowiedź na głoszenie. Biblijne głoszenie jest tym, co wywróciło świat do góry nogami: głoszenie ekspozycyjne, a nie jedynie tematyczne.
Moje wykształcenie akademickie – cała edukacja i kariera nauczycielska-dotyczyło teologii systematycznej i filozofii. Technicznie rzecz ujmując, nie jestem biblistą. Muszę zwracać uwagę na to, co piszą bibliści. Gdybym miał wybierać raz jeszcze, byłbym raczej biblistą niż teologiem, bowiem wolałbym jedynie głosić kazania na temat samego Pisma Świętego. Uwielbiam uczyć się od św. Augustyna, Kalwina, Lutra i Edwardsa, ale to nic w porównaniu z przeszukiwaniem Pisma Świętego, ponieważ wiara przychodzi dzięki słuchaniu, a słuchanie przez Słowo Boże (Rz 10:17).
„To oni wywrócili świat do góry nogami”
„Zaraz w nocy bracia wysłali Pawła i Sylasa do Berei. Kiedy tam przybyli, weszli do synagogi żydowskiej. Ci byli szlachetniejsi od tych w Tesalonice, gdyż przyjęli słowo Boże z całą gotowością i codziennie badali Pisma, czy tak się sprawy mają. Wielu więc z nich uwierzyło, również niemało wpływowych greckich kobiet i mężczyzn. A gdy Żydzi z Tesaloniki dowiedzieli się, że i w Berei Paweł głosi słowo Boże, przyszli też tam i podburzali lud” (w. 10-13).
Co św. Paweł robił w Berei? To samo co w Tesalonikach i Filippi: otwierał przed ludźmi Pismo Święte. Głoszę kazania ekspozycyjne, przechodząc przez całe księgi Biblii słowo po słowie. W ten sposób nie mogę wybierać, o czym chcę głosić, ponieważ jestem zobowiązany do głoszenia tego, co jest w tekście. Jeśli pojawia się temat, z którym nie czuję się komfortowo, nie mogę go pominąć, ponieważ jestem zobowiązany do przedstawienia Słowa w całości. Takie głoszenie jest tym, czego potrzebują ludzie, bowiem to poprzez słuchanie Słowa objawia się Chrystus.
Jak św. Paweł pokazał ludziom w Tesalonikach, przesłaniem jest Jezus w całej swej pełni. Kiedy Słowo jest głoszone właściwie, ludzie dowiadują się o Jezusie, czy to ze Starego Testamentu, czy też z Nowego. Wszystko w Piśmie jest o Jezusie. Jeśli będziemy robić to wiernie, być może następne pokolenie spojrzy na nas i powie: „To oni wywrócili świat do góry nogami”. Bo to właśnie spowodować może Słowo Boże.